Na początku roku wpadłem na pomysł, aby wakacyjny rejs po Bałtyku rozpocząć w Sztokholmie i pójść stamtąd na Alandy. Nigdy wcześniej tam nie byłem, a wielokrotnie czytałem relacje z rejsów po tych rejonach i widziałem na zdjęciach, że szkiery i same Alandy są niepowtarzalnie piękne. Trzeba się więc o tym przekonać na własne oczy.
Ze względu na obowiązki zawodowe w grę wchodził jedynie termin na początku września. Bardzo szybko udało się skompletować załogę. To koledzy, z którymi już wcześniej pływałem. Sprawdzona agencja żeglarska zapewniła jacht. Zdecydowałem się na Dufour 360. Chciałem bowiem nieco mniejszy jacht, o mniejszym zanurzeniu.
Przygotowanie rejsu zajęło mi jak zwykle trochę czasu. Oprócz zebrania załogi należało jeszcze skompletować locje, rozpoznać możliwe trasy i wybrać tę optymalną. A następnie zebranie wszystkiego w passage plan. Ponadto ustalenie menu i list zakupowych, zakup biletów na samolot, zapewnienie transferu z lotniska do mariny. Jednym słowem sporo pracy i uzgodnień. Ale mam już swoje procedury. To przecież chyba dwudziesty któryś rejs który organizuję. Więc wszystko szło systematycznie do przodu.
Dzień 1 – 6.09.2025 (sobota)
Spotykamy się na lotnisku Chopina w Warszawie o godzinie 6 rano. Ponieważ wcześniej zrobiłem już odprawę on-line naszej załogi, to teraz już tylko nadajemy bagaże. W bagażu podręcznym wiozę swoją kamizelkę pneumatyczną, więc trochę obawiam się, czy ze względu na pojemnik z CO2 nie będzie problemu podczas kontroli bezpieczeństwa. Wcześniej bowiem prowadziłem długą korespondencję z infolinią LOT-u, zanim powiedzieli, że mogę przewieźć kamizelkę z pojemnikiem na gaz o takiej pojemności. Chociaż przepisy IATA i strona LOT-u pozwalały na taki przewóz, to infolinia na początku twierdziła co innego. Ale w końcu , otrzymałem imienne potwierdzenie. Bałem się podobnych problemów interpretacji przepisów na bramce, ale kontrola bezpieczeństwa przeszła gładko i bez problemów.
Lot do Sztokholmu przebiegł bez szczególnych wydarzeń. Po wylądowaniu czeka już na nas zamówiony bus. Około godziny 1100 jesteśmy już w marinie. Jacht jest jeszcze przygotowywany dla nas, więc idziemy do pobliskiego supermarketu zrobić zakupy rejsowe. W tym roku po raz pierwszy testuję mój nowy pomysł. Przygotowałam listę zakupową z produktami pogrupowanymi wg typu (np. artykuły przemysłowe, nabiał, konserwy, itp.), a te logiczne części są między sobą porozcinane. Każdy członek załogi odrywa swoją część listy i kompletuje swoją część zakupów do własnego koszyka. Dzięki temu dzięki takiemu rozwiązaniu zakupy przebiegają sprawnie i w krótkim czasie mamy wypełnione zakupami cztery wielkie kosze. Pomysł zdał egzamin.
Po powrocie do mariny jacht jest już gotowy i przystępuję do przejęcia jachtu. Do godziny 1700 mam już zakończone wszystkie formalności z firmą czarterową, zakupy są załadowane i rozmieszczone na pokładzie, załoga rozlokowana w kabinach. Robię odprawę bezpieczeństwa, a potem przymierzamy i dopasowujemy sobie kamizelki ratunkowe. Na koniec intensywnego dnia spokojnie zjadamy kolację i udajemy się spać. Marina Sztokholm- Gashaga to mała i cicha marina. Przy kei stoi około dziesięciu jachtów, a na brzegu jest osiedle czteropiętrowych domów mieszkalnych. Miłe i spokojne miejsce.

Dzień 2 – 7.09.2025 (niedziela)
Poranek budzi nas słońcem. Wstaję jako pierwszy i po porannej toalecie idę na koniec nabrzeża, do pobliskiej przystani promu. Obok przystani, na kamieniu jest pomnik syrenki. Bardzo podobny do słynnej syrenki w Kopenhadze. Na wodzie cisza, słońce jest jeszcze nisko nad horyzontem. Cichy, słoneczny i spokojny poranek. W naszym porciku cumuje prawie 30-sto metrowy statek. Jest to zabytkowa jednostka o nazwie „Soya III”. Został zbudowany w 1936r z przeznaczeniem do transportu oleju sojowego lub benzyny. Teraz służy dla celów reprezentacyjnych i spotkań. Statek ma ładną, klasyczną linię. Kadłub ma jeszcze nitowany, a nie spawany.

Z portu wychodzimy o godzinie 0900. Idziemy na silniku, gdyż idziemy torem wodnym między wyspami i wysepkami. Na brzegach stoją domki. Nie tylko czerwone, ale i żółte. Ale zawsze drewniane. Przesmyki między wyspami czasami są wąskie i między boją czerwoną i zieloną potrafi być odległość tylko 20-30 metrów. Droga, którą idziemy, jest trasą dla promów kursujących między Sztokholmem, a Mariehamn na Alandach. Co jakiś czas mijamy się więc takim kolosem. I to w odległości kilkudziesięciu metrów.
Wchodzimy następnie na boczny tor i przechodzimy obok miasteczka w Vaxholm. Opływamy twierdzę, która znajduje się na wyspie tuż przy mieście. To miejsce jest historycznie związane także z Polską Marynarką Wojenną. To tutaj przez pewien czas, po internowaniu, cumowały polskie okręty podwodne OORP Ryś, Żbik i Sęp. Okręty te po wyczerpaniu możliwości działania na Bałtyku i niemożności przedarcia się do Wielkiej Brytanii ze względu na odniesione uszkodzenia, zawinęły we wrześniu 1939r do portów szwedzkich i zostały internowane. Do nich w październiku dołączył kuter pościgowy straży granicznej „Batory”, na którym w noc poprzedzającą kapitulację Helu przedarła się do Szwecji grupa oficerów PMW. On też cumował w Vaxholm.

Po minięciu Vaxholm w dalszym ciągu idziemy między wyspami. Niektóre są duże i porośnięte lasem, z domami stojącymi tuz nad brzegiem, często na wysokie skale. Inne to natomiast sterta skał lub duży głazów, co najwyżej porośniętych pojedynczymi drzewami. Żegluga ciekawa, bo co chwila zmienia się widok. Wychodzimy na duże rozlewisko. W oddali widzimy ładny żaglowiec. Podpływamy do niego. To piękny, stary kecz gaflowy. Idzie (ze względu na flautę to chyba jednak stoi) pod pełnymi żaglami. Niestety, nie ma nazwy na dziobie, więc nie wiemy co to za jednostka.

Około 1600 wchodzimy do Furusund. To mały port leżący blisko wyjścia ze szkierów na pełne morze. Teraz, we wrześniu, jest on prawie pusty. Cumujemy więc alongside. Idę do restauracji przy wejściu na keję, aby opłacić postój. Okazuje się, że restauracja będzie czynna jeszcze tylko przez godzinę. Zatem po sklarowaniu jachtu siadamy sobie w tej restauracji na lokalne piwo. Po chwili relaksu razem z Wojtkiem i Michałem robię krótki spacer po miejscowości. To mała letniskowa miejscowość. Tutaj wakacje spędzał August Strindberg oraz Astrid Lindgren. Przy kilku uliczkach stoją malownicze drewniane domki w kolorach albo czerwonym, albo piaskowo żółtym. Przy uliczce biegnącej blisko wody stoi kajakomat. Jest to stojak z dziewięcioma kajakami, każdy przypięty linką ze zdalnie otwieranym zamkiem. Poprzez aplikację można pożyczyć kajak płacąc w aplikacji za pomocą karty kredytowej. Mechanizm dokładnie taki sam, jaki znamy z wypożyczania rowerów miejskich. Tylko że tu pożyczamy nie rower, lecz kajak. Wojtek wypożycza jeden kajak i opływa najbliższą okolicę mariny.
O godzinie 1800 wszystko, czyli restauracja, jest już zamknięte. Robimy obiad na pokładzie. Wieczorem oglądamy promy, które przechodzą obok mariny w odległości nie większej niż 150-200 metrów. To jest ich trasa, którą kursują między Finlandią czy też Alandami, a Sztokholmem. Jako dodatkową atrakcję mamy jeszcze częściowe zaćmienie księżyca. Wokół nas cisza, w marinie jesteśmy sami. Widać, że tutaj jest już zdecydowanie po sezonie.



Dzień 3 – 8.09.2025 (poniedziałek)
Wczoraj ustaliliśmy, że dzisiaj wychodzimy o godzinie 0800 rano, a śniadaniem jemy w biegu. Planujemy bowiem przeskok na Alandy. Żeglarz planuje, ale to pogoda ma ostatnie słowo. No i właśnie dzisiaj weryfikuje ona nasze plany.
Budzę się o 0600 rano i od razu słyszę syreny statków nadające sygnały mgłowe. Wychodzę na pokład, a wokół nas gęsta mgła. Nie widać nawet budynku stojącego przy wejściu na keję. Oblewa nas po prostu mleko. Tak gęsta jest mgła. Stojąc na kei w pewnym momencie słyszę bardzo blisko syrenę okrętową i szum maszyn. Przechodzi prom. Słyszę go, ale nie widzę. Mimo, że idzie on niecałe 250 metrów ode mnie. W takich warunkach nie ma mowy o wyjściu z mariny. Zatem śniadanie jemy stojąc przy kei. Sprzątamy po posiłku i cały czas czekamy. O godzinie 0900 dalej jest mgła, ale już trochę poprawiła się widoczność. Gdy przechodzi obok prom widać już jego zarys. Wygląda w tej mgle jak Latający Holender. Ale w dalszym ciągu nie ma warunków do wyjścia w morze. Czekamy więc dalej.


O 1030 widoczność poprawia się i wynosi około 1000m albo nawet i więcej. Wychodzimy więc z portu. Przepuszczamy duży prom i idziemy torem w kierunku otwartego morza, w kierunku Alandów. Mam nadzieję że im dalej od szkierów i im dalej w otwarte morze oraz gdy słońce będzie wyżej, to mgła będzie zanikała. Niestety, jest inaczej. Momentami widzialność spada poniżej 50m. Prowadzimy ciągły nasłuch, czy nie zbliża się prom. Idziemy skrajem toru, bo tam na pewno żaden prom nie będzie szedł. Nasz jacht nie ma ani radaru, ani AIS. Wychodzimy ze szkierów na pełne morze. Widoczność dalej fatalna. Idąc na Alandy musimy przeciąć rutę, a na VesselFinder widzę, że jest tam spory ruch statków. Przy tak niskiej widoczności wchodzenie między statki nie jest bezpieczne. Tym bardziej, że nie mamy urządzeń (radar, AIS) które by pozwoliły nam zobaczyć, co się dzieje na wodzie. Podejmuję więc decyzję o powrocie do szkierów. Niestety, nie odwiedzimy w tym roku Alandów. Nasz rejs będzie typowo szkierowy. Ale bezpieczeństwo jest najważniejsze.

Ponownie idziemy więc przez szkiery. Widzimy tylko rozmyte zarysy wysp, które mijamy. Idziemy cały czas w białym mleku. Schodzimy z toru i wchodzimy między wyspy. Jest to możliwe tylko dzięki temu że widoczność poprawiła się i wynosi teraz około 150m i że prowadzimy nawigację na mapie elektronicznej. W dalszym ciągu jednak zachowujemy jak najdalej idącą ostrożność obserwując ciągle głębokość i próbując zobaczyć co się dzieje naokoło nas. Na noc chcemy stanąć w porcie Fejan.

Według locji Fejan to popularny porcik z dobrą restauracją. Podchodzimy do portu. W porcie całkowicie pusto. Ani jednego jachtu. Cumujemy alongside. Na kei jest prąd, ale nie ma wody. Restauracja jest zamknięta na głucho, na cztery spusty. Brak jakiegokolwiek żywego ducha. Tak więc stoimy w pustym porcie, z zamkniętymi wszystkimi budynkami. A wszystko to zatopione w gęstej mgle. Widok więc albo bajkowy, albo postapokaliptyczny.

Po obiedzie idziemy przejść się po wyspie. Droga prowadzi przez las i chaszcze. Po kilkudziesięciu metrach dochodzimy do małego nadbrzeża będącego przystankiem promu. Tuż obok stoi drewniany dom, który jest kawiarnią. Oczywiście też na głucho zamknięta. Idziemy w drugą stronę, na drugi koniec wyspy. Stoi tam kilka domków. Może letniskowych a może nawet i całorocznych. Po drodze spotykamy żywe istoty: kilka owiec pasących się na zagrodzonej łączce. Chwilę później spotykamy jedną panią z psem. Pozdrawiamy się i zamieniamy kilka słów. To jedyna osoba, którą widzimy na wyspie. O zmierzchu wracamy na jacht.

Dzień 4 – 9.09.2025 (wtorek)
Ranek budzi nas pięknym słońcem. Po mgle ani śladu. Widać sąsiednie wyspy. Z przyjemnością spaceruję po pomoście, podczas gdy załoga powoli budź się. Wojtek idzie do lasu i wraca z kilkoma dużymi koźlakami. Wczoraj bowiem podczas spaceru widzieliśmy je rosnące przy drodze. W Szwecji zbieranie grzybów nie jest popularne, więc bez problemu można natrafić na duże okazy. Wojtek oprawia grzyby i na śniadanie mamy pyszną jajecznicę z grzybami.
Po godzinie 1000 wychodzimy z portu. Skoro nie poszliśmy na Alandy to trzeba pływać po szkierach. Naszym celem na dzisiaj jest Sandhamn. Po wyjściu z Fejan przecinamy rutę. Przepuszczamy duży prom, a przed płynącym za nim w oddali następnym promem przechodzimy przed dziobem. Idziemy szlakiem żeglugowym na południowy wschód. W pewnym momencie wchodzimy na rozległy akwen. Jesteśmy bowiem blisko morza, prawie na końcu szkierów. Ponieważ wiatr jest korzystny, to stawiamy wreszcie wszystkie żagle i bajdewindem robimy 5 węzłów. W oddali mijamy liczne wyspy, większe i mniejsze. Niektóre porośnięte lasem, a inne to gołe skały. Na niektórych stoją światła nawigacyjne wyglądające jak miniaturowe latarnie morskie.



Po kilku godzinach kończy się rozlewisko i wchodzimy w przesmyk między wyspami. Zrzucamy żagle. Na brzegach gdzieniegdzie stoją oczywiście czerwony domki. W pewnym momencie w oddali widzę żaglowiec rejowy. Gdy podchodzimy nieco bliżej idzie już tylko pod sztakslami, bez żagli rejowych. To bardzo ładnym bryg, ale niestety jest za daleko aby zrobić mu zdjęcie lub odczytać jego nazwę.
Zbliżamy się do Sandhamn. Z wody wygląda na całkiem spore miasteczko. Z wody prezentuje się bardzo malowniczo. Cumujemy w dużym porcie, tym razem po śródziemnomorsku, czyli rufą do kei a dziobem do mooringu. Port jest zarządzany przez szwedzki królewski klub żeglarski (Royal Swedish Sailing Club). Chwilę walczę z opłatą za postój. Robi się to przez aplikację. Ale procedura płatności opisana na tablicy na pirsie okazuje się inna, niż trzeba to faktycznie zrobić w aplikacji. Taka zmyłka. Ale na szczęście udaje się zapłacić za postój i mailem dostaję kod do sanitariatów.


Po sklarowaniu jachtu zjadamy na pokładzie obiad. Już o zmierzchu wyruszamy na spacer po miejscowości. Składa się ona z wielu małych domków, oczywiście drewnianych i oczywiście w kolorze czerwonym lub piaskowo żółtym. Są one bardzo gęsto upakowane i wiodą między nimi wąskie i kręte ścieżki. Gdzieniegdzie stoją latarnie. Sceneria bardzo malownicza, wręcz bajkowa.

Mimo, że jest około godziny 2030, to wszystko jest już pozamykane. W jednym z drewnianych domków znajdujemy jednak otwartą jeszcze restaurację albo lepiej: bar. Wstępujemy na piwo. Lokal jest mały i przytulny, utrzymany w stylu tawerny z licznymi akcentami nawiązującymi do szkierów. Siedząc już przy stole wdaję się w pogawędkę ze starszym szwedzkim małżeństwem. Oni tutaj też przypłynęli jachtem. Wracamy na jacht trochę okrężną drogą chłonąc atmosferę miejsca. W morzu odbija się księżyc który jest w pełni.


Dzień 5 – 10.09.2025 (środa)
Poranek jest słoneczny, ale od rana jest wiatr od morza, które już widać z portu. Wiatr jest zacznie silniejszy niż w poprzednich dniach. Ładny budynek klubowy stojący tuż przy porcie mieści hotel, restaurację i bosmanat. Jego brązowa elewacja błyszczy w słońcu. Bardzo mi się podoba ten budynek: drewniana konstrukcja w stylu dziewiętnastowiecznych domów uzdrowiskowych (tak mi się to kojarzy, nie jestem znawcą architektury). Jak się potem dowiaduję, budynek został wybudowany w 1897r. Patrząc na niego trudno uwierzyć, że ma prawie 130 lat. Tak pięknie jest utrzymany.

Po śniadaniu idziemy wzdłuż portu, obok małych domków wakacyjnych. Idziemy do jedynego sklepu. Jest on czynny od 1000. Robimy zakupy uzupełniające i zatrzymujemy się przy pobliskim kiosku na kawę. Ustalamy, kto chcę espresso, kto cappuccino, kto americanę. Ale okazuje się, że dostępny jest tylko jeden rodzaj kawy: „regular”. A do tego w kiosku nie ma w ogóle cukru do kawy. Popijając kawę siadamy sobie na ławeczce i obserwujemy dostawę towaru do sklepu. To znaczy do nadbrzeża przycumował prom towarowy i wózkami widłowymi towar przewożony jest do sklepu. W pewnym momencie obok przybija prom osobowy, z którego jedni ludzie wysiadają, a inni wsiadają.
Między wysepkami szkierów funkcjonuje dobrze rozwinięta komunikacja promowa. Promy to małe stateczki (długość: 38m, szerokość: 8m, zanurzenie: 1m, pojemność: 299), które łączą praktycznie wszystkie zamieszkane wyspy, przybijając do małych pomostów. Łatwo takie przystanki rozpoznać: na pomoście jest napis z nazwą przystani (tak jak na stacji kolejowej) oraz stoi semafor. Gdy pasażer chce wsiąść na prom, podnosi semafor i sternik promu wie, że należy tutaj przybić, bo ktoś oczekuje na prom. Taka sygnalizacja przystanku na żądanie.


Wracamy na jacht. Szykując się do wyjścia widzimy, jak obok mariny przechodzą dwa kutry szwedzkiej marynarki wojennej. Ich kamuflaż zlewa się z tłem składającym się z lasu i skał. To szybkie łodzie desantowe klasy Stridsbåt 90 (Strb 90). Każda może przewozić do 21 żołnierzy piechoty morskiej. Są przeznaczone jest do operacji desantowych, patrolowych i specjalnych. Ich długość to 16m, a zanurzenie zaledwie 0,8m. Prędkość maksymalna to 40 węzłów. Za sterówką widać stanowisko karabinu maszynowego. Pomachaliśmy sobie nawzajem i kutry popłynęły dalej swoją drogą.

Wychodzimy z portu. Wiatr 4B. Wieje nam od rufy, więc stawiamy na razie tylko foka. Idziemy wąskim przesmykiem, po obydwu burtach mając skaliste brzegi wysp porośnięte lasem. Od czasu do czasu stoi drewniany domek. Gdy wychodzimy na rozległy akwen, stawiamy jeszcze grota. Teraz idziemy pod pełnymi żaglami przy wietrze od 4 do 5 B. Momentami robimy 7 węzłów. Płyniemy trochę dłuższą drogą. Robimy zwroty i czerpiemy radość z żeglugi na żaglach. Po pewnym czasie ponownie wchodzimy między wyspy. Zrzucamy foka i dalej idziemy fordewindem na samym grocie. Na mijanych wyspach stoją oczywiście gdzieniegdzie domy, albo znajdują się malutkie porciki albo też domki z sauną. Co chwilę pojawia się w jakiś nowy, inny widok, który jest tak samo malowniczy jak oczywiście wszystkie wcześniejsze.


Podchodzimy do Vaxholm. Szara twierdza na tle szarego nieba prezentuje się majestatycznie. Przechodząc blisko twierdzy widzimy wieże pancerne z działami kalibru co najmniej 120 mm. Zainstalowane zapewne tu już w dwudziestym wieku. Mijając się z promami wchodzimy do mariny. W porcie stoją nieliczne jachty. Bosmanat jest już zamknięty, ale na drzwiach jest podany numer telefonu. Dzwonię i od pani dostaję kod do sanitariatów. Po podaniu numeru gniazdka na słupku uruchomione zostaje także zasilanie. Umawiam się, że za postój zapłacę następnego dnia rano. Stoimy obok polskiego jachtu „Lady Melina” ale nie ma na nim załogi. Po naszej drugiej burcie stoi natomiast jacht z naszej firmy czarterowej z załogą niemiecką. Znam ich, gdyż pierwszego dnia rejsu miałam okazję porozmawiać z nimi na kei. Tak więc wystartowaliśmy razem w sobotę ze Sztokholmu, a teraz znów się spotykamy. Oczywiście również dzisiaj uciąłem sobie miłą pogawędkę na kei. Po kolacji idziemy do miasta. Wszystko jest już zamknięte bo jest około godziny 2100. Ale na sąsiedniej uliczce jest jeszcze czynna knajpka. Siadamy tam na chwilę. Okazało się, że jednym z pracowników jest Polak, chłopak z Kalisza. Rozmawiamy o tym jak mu się żyje w Szwecji. Przed 2200 wracamy na jacht.

Dzień 6 – 11.09.2025 (czwartek)
Przez cały dzisiejszy dzień będziemy stali w Vaxholm ze względu na przewidywane znaczne pogorszenie pogody. Rano jest już dość mocny wiatr (około 5B), chociaż pogorszenie pogody prognozowane jest dopiero około godziny 1700. Jesteśmy zacumowani dwoma cumami rufowymi, i do dwóch mooringów. Dlatego też ten wiatr nie jest dla nas zagrożeniem. Od czasu do czasu przechodzi deszcz. Rano w bosmanacie płacę za 2 doby postoju, gdyż jak wspomniałem, dzisiaj cały dzień stoimy w Vaxholm i planujemy wyjść z portu dopiero w piątek. Mamy czas, więc nie śpieszymy się więc. Spokojnie jemy śniadanie, a potem idziemy na spacer po mieście. Idziemy główną ulicą, przy której stoją dwu- lub trzypiętrowe domy. Głównie drewniane, ale są i murowane z lat sześćdziesiątych.

Skręcamy w boczną uliczkę i dochodzimy do małego placyku, przy którym stoi mały ratusz. Jest to budynek dwupiętrowy zwieńczony wieżą z zegarem. Budynek powstał w latach 20-tych ubiegłego wieku. Wokół małego placu ratuszowego stoją drewniane domki. Można odnieść wrażenie że to jest serce starego miasta.

Spacerujemy dalej wąską uliczką do starego portu rybackiego. Kiedyś podobno tętnił życiem. Teraz to senna zatoczka z tylko jednym pomostem i małymi domkami dookoła. Idąc dalej wąskimi uliczkami między malowniczymi domkami dochodzimy do starych stanowisk baterii nadbrzeżnych.


Kiedyś, do 1916 roku, stały tu potężne działa kalibru 270 mm. Od czasu przeniesienia dział do Karlskrony są tu tylko puste stanowiska po armatach. Idziemy dalej wzdłuż nadbrzeża oglądając twierdzę, tym razem od drugiej strony. Dochodzimy ponownie w okolice portu. Większość lokali jest jeszcze zamkniętych, ale nie poddajemy się i szukamy miejsca na wypicie kawy. Trafiamy na bardzo przytulną cukiernię. Kupujemy zestaw obowiązkowy, czyli kawę i świeżo upieczone, pięknie pachnące bułeczki cynamonowe. Czyli szwedzkim zwyczajem celebrujemy „fikę”. Bułeczki smakują rewelacyjnie, są jeszcze ciepłe.


Po zakończeniu fiki odwiedzamy jeszcze sklep sieci „Systembolaget”. Wtajemniczeni wiedzą, w sprzedaży jakiego asortymentu specjalizują się te sklepy. Swoja drogą klep ma bardzo dobrą lokalizację: tuż przy porcie, gdzie w sezonie jest dużo żeglarzy. Po zakupach uzupełniających wracamy na jacht. Po jakimś czasie razem z Wojtkiem idę ponownie na spacer po Vaxholmie. Tym razem w inne miejsca: odwiedzamy miejscowy cmentarz i spacerujemy nowymi osiedlami miasteczka.

Wracając do portu czujemy, że wiatr wieje już znacznie mocniej niż podczas pierwszego spaceru. Z daleka widzę, że na naszym jachcie łopocze kawałek foka i koledzy, którzy zostali na pokładzie walczą z nim i zabezpieczają, na ile jest to możliwe przy tym wietrze. Szybko wracam na jacht. Okazało się, że w momencie, gdy wiatr w porywach wiał z prędkością około 35 węzłów, fok próbował się obrócić na rollerze. W wyniku sił działających na linę rollera, wysunęła się ona z zamkniętego stopera (lina była za cienka dla zainstalowanego rollera), co spowodowało rozpoczęcie rozwijania się foka. Koledzy zabezpieczyli linkę rollera przed dalszym rozwijaniem się, ale fok rozwinął się w około 1/4 powierzchni. Do pewnego stopnia udało się nam zabezpieczyć ten żagiel, ale przy takim silnym wietrze niestety nie było możliwe pełne „zgaszenie” żagla. Tak więc kawałek foka trzepie się na wietrze. Póki nie osłabnie wiatr, to nie jesteśmy w stanie już nic więcej zrobić.
Siedzimy w mesie i czekamy na osłabienie siły wiatru. Według prognozy wiatr ma słabnąć około godziny 2300. Czekamy więc. Ale teraz prędkość wiatru w porywach dochodzi do 40 węzłów. Wystawiam głowę z kabiny i patrzę za falochron. Widzę grzywacze i nad którymi unosi się bardzo gęsta mgła wodna. Siedząc w kabinie słuchamy ryku wiatru.
Na stojącym obok jachcie „Lady Melina” w pewnym momencie puściła prawa cuma rufowa. Jak się okazało cuma nie zerwała się, ani nie odwiązała się, ale z kei zostało wyrwane całe okucie, do którego był a przywiązana cuma. Wiatr zaczyna odwracać ten jacht, ale na szczęście nie w naszym kierunku, lecz w kierunku pustych miejsc. Dzwonię do armatora jachtu (telefon znalazłem w Internecie na stronie jachtu). Przedstawiam mu sytuację i wysyłam zdjęcie jak to wygląda. Okazuje się, że jutro przed południem będzie na miejscu. Za chwilę wiatr wyrwał im banderę razem z flagsztokiem. Zabieramy ją z kei na nasz pokład. Obserwujemy na bieżąco, co się dzieje z tym jachtem, aby w razie czego jakoś zadziałać. Na szczęście sytuacja się stabilizuje. Pozostałe cumy i mooringi trzymają jacht.
Aby lepiej zabezpieczyć nasz jacht postanawiam dodać po jeszcze jednej cumie z każdej burty. Więcej nie możemy już nic zrobić. Siedzimy w mesie i jemy obiad. Na pokładzie wyje wiatr a nasz jacht tańczy na 4 cumach i 2 mooringach. A stoimy po zawietrznej stronie falochronu. Jakoś nie mam ochoty myśleć, co by było, gdybyśmy stali po nawietrznej stronie falochronu. Czekamy aż osłabnie siła wiatru. Ma to nastąpić przed północą. Faktycznie, około godziny 2300 wiatr praktycznie zamiera. Odwiązujemy wszystkie założone wcześniej zabezpieczenia i na spokojnie nawijamy wysuniętą cześć foka na roller. Rano sprawdzimy czy nie ma uszkodzeń żagla. Oddajemy na sąsiedni jacht linę, którą pożyczyła nam niemiecka załoga dla zabezpieczenia żagla. O 2330 sztorm przeszedł i mamy totalną flautę. To niesamowite, że wiatr w ciągu godziny zmniejszył się z 40 węzłów do niecałych 3 węzłów.
Dzień 7 – 12.09.2025 (piątek)
Rano po sztormie i deszczu nie ma śladu. Wieje jeszcze lekki wiatr, ale nie jest to wichura lecz spokojne 3B. Dzisiaj się nie śpieszymy. Do mariny macierzystej mamy blisko. Po śniadaniu sprawdzamy, jak wygląda fok po nocnym sztormie. Nie odwijamy go, bo widzimy że na górze są już małe rozdarcia i nie chcemy go więcej uszkodzić. Dlatego też fok pozostaje zwinięty, a my zabezpieczamy go, żeby się nie odwinął ani o kawałek podczas żeglugi. Na pożegnanie Vaxholmu idziemy jeszcze do tej samej cukierni, w której byliśmy wczoraj. Oczywiście na bułeczki cynamonowe i kawę. W drodze do cukierni widzimy skutki wczorajszej wichury: w basenie portowym pływa flagsztok z banderą szwedzką, którą wiatr wyrwał z jakiegoś innego jachtu.

Na „Lady Melina” przyjechała załoga. Oddajemy im banderę, którą uratowaliśmy w sztormie. Jesteśmy zaproszeni na pokład. „Lady Melina” to bardzo ładny jacht (kecz). Ma klasyczne wnętrze zrobione w drewnie. Bolek, armator jachtu, dziękuje nam za kontakt i monitorowanie jego jachtu podczas sztormu. Prowadzimy miłą żeglarską pogawędkę. Wymieniamy się kontaktami. Nie wykluczone, że w przyszłości popłynę na „Lady Melina”. Ale teraz niestety musimy już kończyć spotkanie, bo musimy wychodzić z portu.

Po odcumowaniu podchodzę do pobliskiej stacji paliw i tankujemy 37L oleju napędowego. Na silniku wracamy do macierzystej mariny. Zajmuje nam to niecałe 2 godziny. Już bez przygód cumujemy po raz ostatni w tym rejsie. Procedura odbioru jachtu trwa krótko i sprawnie. Pokazujemy uszkodzony żagiel. Ale to tylko kwestia techniczna, a nie finansowa, gdyż mamy wykupiony pakiet „komfort” który zawiera całkowite zniesienie kaucji. Tak więc mamy już zamknięte formalności. Jacht został zdany.
Zamawiamy pizzę, którą dostawca dowozi na keję. Potem idziemy na spacer po okolicy. Na niedalekim wzgórzu odkrywamy stanowiska artylerii przeciwlotniczej z czasów drugiej wojny światowej. Bateria składała się z 4 stanowisk. Na jednym z nich jeszcze stoi armata 76 mm firmy Bofors. Mimo tylu lat jest ona wciąż w dobrym stanie, chociaż oczywiście pozbawiona zamka i całego osprzętu celowniczego. Po spacerze wracamy na jacht. Opuszczamy banderę polską spod salingu. Rozdaję opinie z rejsu i dziękuję załodze za dobry i bezpieczny rejs oraz za profesjonalne podejście do obowiązków. Rejs kończymy w miłej, żeglarskiej atmosferze.

Dzień 8 – 13.09.2025 (sobota)
Dzisiaj mamy już dzień lądowy, poza jachtem. Wstajemy wcześniej niż zwykle. Pakujemy się, jemy śniadanie na pokładzie, ogarniamy jacht. Dzielimy się pozostałymi produktami, które nam zostały i o 0850 schodzimy z jachtu. Idziemy na przystanek końcowy tramwaju, a może lepiej byłoby powiedzieć: kolejki dojazdowej. Jedziemy nią wzdłuż całej wyspy Lidingö i na stacji końcowej przesiadamy się w metro, którym dojeżdżamy do dworca centralnego w Sztokholmie. Tam w przechowalni zostawiamy nasze bagaże i ruszamy w miasto.

Idziemy w kierunku Starego Miasta. Przechodząc obok Riksdagu, czyli parlamentu i obok Pałacu Królewskiego dochodzimy do przystani promowej Slussen. Tam wsiadamy na mały prom, który jest linią 82 komunikacji miejskiej.

Płyniemy promem około 10 minut na wyspę Djurgarden. Tam część załogi udaje się do muzeum Abby, a ja z drugą częścią - do muzeum Vasa. Chociaż to moja druga wizyta w tym muzeum, to okręt Vasa w dalszym ciągu robi na mnie wielkie wrażenie.


Ale to muzeum to nie koniec naszych wrażeń marynistycznych. Idziemy do znajdującego się tuż obok muzeum statków. Składa się ono z kilku jednostek: latarniowca, trałowca, patrolowca, dużego lodołamacza i malutkiego kutra portowego. Są to jednostki z początków XX wieku. Najmłodszym jest chyba trałowiec, zbudowany w 1941 roku. Statki/okręty są wspaniale utrzymane i co ważne, są w pełni sprawne i zdolne do żeglugi. Te z początków dwudziestego wieku są jednostkami parowymi. Lodołamacz „Sankt Erik” może do tego poszczycić się największą działającą obecnie maszyną parową na świecie! Na patrolowcu „Sprangaren” kocioł jest pod parą, a z komina wydostaje się czarny dym spalanego węgla. Po prostu cofamy się o stulecie. Do czasów, gdy na morzach królowały parowce.


Ponownie promem przeprawimy się do Starego Miasta. Jest pora obiadu. Siadamy w małej restauracyjce przy głównej ulicy Starego Miasta. Trzeba zjeść coś szwedzkiego. Zamawiam więc klopsiki mięsne (köttbullar), a na przystawkę zestaw śledzi w 3 smakach z serem żółtym i chrupkim pieczywem. Warto było dokonać takiego wyboru.


Po posiłku spacerem idziemy do Pałacu Królewskiego. Wartę przed nim pełni dwoje żołnierzy. Dwoje, bo to mężczyzna i kobieta. Niestety, czas biegnie nieubłaganie. Wracamy na dworzec, w kawiarni jeszcze kawa i bułka cynamonowa, odbieramy bagaż i pociągiem Arlanda Express jedziemy na lotnisko. Ten pociąg to faktycznie ekspres. Jedzie bardzo szybko. Na wyświetlaczu pokazywana jest aktualna prędkość. Większość trasy jedzie z prędkością od 170 do 190 km/h.


Na lotnisku mój bagaż podręczny podlega dokładniejszemu sprawdzeniu. Czujność obsługi wzmogła oczywiście kamizelka pneumatyczna. Ale po jej wyjęciu i sprawdzeniu mojej karty pokładowej kontrola się kończy. Lot do powrotny przebiega spokojnie i punktualnie lądujemy na lotnisku Okęcie w Warszawie. Tutaj się żegnamy, gdyż nasze drogi się rozchodzą. Połowa załogi ma blisko do domu, ale trzy osoby jeszcze mają przed sobą dalszą drogę do Lublina, Częstochowy albo do Strzelc Opolskich.
Plan rejsu obejmował żeglugę na Alandy. Ale jak to w żeglarstwie bywa, ostatnie słowo należy zawsze do pogody. Realizację zamierzonego planu pokrzyżowała nam mgła. Serce musiało tu ustąpić przed rozumem. Bo najważniejsze jest bezpieczeństwo, a nie dopłyniecie do zamierzonego punktu za wszelka cenę.
Sztorm który przeżyliśmy w Vaxholm nie był może przyjemnym doświadczeniem, ale jednak doświadczeniem, które nauczyło nowych rzeczy.
Na pewno pozytywem naszego rejsu było zwiedzenie szkierów oraz poznanie armatora jachtu „Lady Melina”. Mam nadzieję, że na tym jachcie w przyszłości uda mi się popłynąć w rejs.
Planując rejs miałem pewne obawy, że będzie nawigacyjnie trudny. Na mapie wyglądało to wszystko na bardzo ciasne przejścia między wyspami. W rzeczywistości nawigacja okazała się nietrudna, ale oczywiście należało zachować daleko idącą ostrożność i nie schodzić z toru wodnego. Nawet w locjach jest napisane że nie wiadomo co jest poza torem wodnym pod wodą. Mam nadzieję że wrócę jeszcze na te wody i uda się w końcu dojść do Alandów.
Termin rejsu: 06-13 września 2025r.
Jacht: s/y Snowdrop (Dufour 360), załoga 6 osób
Ilość przebytych mil: 126 Mm
Ilość godzin żeglugi: 32 h
Załoga:
Kapitan: Sławek M.
Oficerowie: Łukasz, Jurek
Żeglarze: Sławek J, Wojtek, Michał
